czwartek, 31 lipca 2014

Loreal, płyn micelarny + wyniki rozdania :)


Dziś nie muszę iść do pracy , nigdzie się spieszyć... ale wstałam wcześniej niż zwykle .
Korzystając z ,,porannego,, spokoju postanowiłam napisać małą recenzją i ogłosić wyniki rozdania :)

Na początek kilka słów o pewnym płynie. Już dawno chciałam go wypróbować. Kupiłam go w jakiejś ,,super promocji,, chyba za f 2.49, nie pamiętam dokładnie ale cena była bardzo kusząca :) 

Płyn znajduje się w przeźroczystej, plastikowej butelce o pojemności 200 ml.
Wygląd opakowania bardzo przypadł mi do gustu. Kwadratowa butelka prezentuje się nie zwykle elegancko a szata graficzna dobrana została idealnie :) Kojarzy mi się z czystością, świeżością i kosmetykami z ,,wyższej,, półki .


Zamknięcie typu ,,klik,, . Dziurka nie jest zbyt duża ale musiałam bardzo uważać, ponieważ płyn lubi się rozlewać. Chwila nie uwagi i jest dosłownie wszędzie....ale i na to mam sposób. Wystarczy przyłożyć wacik zanim przewrócimy butelkę i po problemie :)

Konsystencja niczym nie różni się od wody (w końcu to płyn). Produkt jest bezbarwny i bez zapachowy.
Nie podrażnia oczu, nie szczypie ani nie wywołał reakcji alergicznych.
Świetnie radzi sobie ze zmywaniem makijażu. Błyskawicznie rozpuszcza tusz , choć nie wiem jak poradził by sobie z maskarą wodoodporną .
Wystarczy przyłożyć nasączony nim płatek na chwilę by pozbyć się makijażu.
Równie dobrze radzi sobie z  oczyszczaniem twarzy w ciągu dnia , zwłaszcza gdy jest gorąco.
Od razu widać ile ,,wszystkiego,, było na naszej buzi....
Pozostawia skórę świeżą, oczyszczoną i nie wysusza jej.


Do tej pory moim numerem jeden był ,,biedronkowy,, płyn micelarny. 
Teraz mam nowego ulubieńca :) 
Kosmetyk świetnie nadaje się zarówno do demakijażu jak i do oczyszczania naszej buzi.
Na pewno wrócę do niego i to nie raz!





Pora na wyniki rozdania!



W rozdaniu wzięło udział 50 osób więc sprawdzania dużo nie miałam :)
Dziś rano zaraz po ,,doprowadzeniu się do stanu używalności,, zabrałam się do losowania :)


Nagroda główna powędruje do:



Gratulacje!!! :)




Natomiast dwa mini zestawy pojadą do moich Top Komentatorek:



1. Renia. Renata 
2. LoveCosmetics 

Gratulacje dziewczyny!!!


E-maile już wysłałam.  Na adres do wysyłki czekam do 3 dni :)



środa, 30 lipca 2014

The Body Shop, masło do ciała i żel pod prysznic- marakuja



Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją żelu pod prysznic i masła z The Body Shop. Jakiś czas temu pokazywałam je w zakupach a niedługo pojawią się w denku ponieważ już ich nie ma :)
Kupiłam je w promocji. Cena była bardzo korzystna ponieważ za dwa produkty zapłaciłam tylko 7 funtów.


Zacznę od żelu:


W domu miałam jeszcze starą wersje dzięki czemu możecie je porównać. W zasadzie różniły się tylko etykietką i kolorem. Konsystencja, zapach i właściwości były dokładnie takie same.


Żel zamknięty w plastikowej butelce wykonanej z przeźroczystego plastiku . Pojemności 250 ml.
Zamknięcie typu ,,klik,, z małą dziurką. Bardzo łatwo dozowało się przez nią produkt.
Butelka jest okrągła co nie jest najlepszym rozwiązaniem...często gdy po nią sięgałam wyślizgiwała mi się z ręki. Kolejny problem pojawiał się przy końcu. Żel wolno ,,ściekał,, po ściankach i musiałam przewracać butelką ,,do góry nogami,, . Nie było to łatwe ponieważ jej kształt mi to utrudniał...musiałam opierać ją o inne kosmetyki i budować z nich coś w rodzaju ,,fortu.,,...tego rozwiązania nie polecam.

Konsystencja:
Oba żele są gęste, niewielka ilość (na gąbkę lub myjkę) wystarczyła do uzyskania sporej ilości piany 
Gdy wylewałam  go tylko na ciało (rękę) musiałam zużyć trochę więcej ...wiadomo.
Stosowałam je również jako płyn do kąpieli, często tak robię. Wlewałam odrobinę i  po chwili wanna wypełniała się gęstą, pachnącą pianą.
 Oba produkty są bardzo wydajne, dzięki czemu wystarczają na długi czas,pomimo tego, że lubię wylać ,,więcej,, :)


Zapach....mogła bym się rozpływać nad nim godzinami.....Pachnie jak prawdziwa marakuja! Soczysta, lekko kwaskowata ale jednak słodka...mniam, aż ślinka cieknie 
Jak dla mnie jest on bardzo naturalny i prawdziwy. Jeszcze przez jakiś czas po kąpieli czuć go na skórze i w łazience.

 Żel dobrze myje i oczyszcza skórę . Pozostawia ją świeżą i pachnącą.
Nie zauważyłam by wysuszał czy podrażniał.
Jest gęsty, wydajny i TEN zapach......
Żele z The Body Shop są jednymi  z lepszych jakie miałam. W łazience czekają już następcy...oczywiście w innych wersjach zapachowych ;)


Skład:

Nowa wersja:

Stara:



Pora na masełko :)


Masło zamknięte w odkręcanym słoiczku wykonanym z grubego, fioletowego plastiku. 
Bardzo lubię takie opakowania ponieważ bez problemu możemy zużyć kosmetyk do samego końca (bez rozcinania czy innych kombinacji). Pojemność 200 ml. 


Jest bardzo gęste, konsystencją przypomina prawdziwe masło o pięknym lekko fioletowym kolorze :). Niewielka ilość wystarczy na pokrycie całego ciała, dzięki czemu wystarcza na długo.


Produkt ma bardzo przyjemny zapach... jest nieco słodszy niż w przypadku żelu ale i tak go lubiłam.
Kojarzył mi się z wakacjami, owocami tropikalnymi albo jakimś słodkim ciastem ...choć nigdy nie jadłam ciasta z marakują. Utrzymuje się bardzo długo, nawet do kilku godzin. Czasami nawet rano czułam, że pachnę marakują :)


Masło dobrze nawilża moją skórę. Dzięki niemu pozbyłam się ,,suchych placków,, na ciele.
Pozostawia ją miękką, gładką, dobrze nawilżoną :) Uwielbiam ten produkt :) Jak dla mnie nie ma żadnych minusów.

Czasami nakładałam jerównież na mokrą skórę (zaraz po wyjściu z wanny), wtedy zachowuje się jak balsam...ale nawilża równie dobrze. Ten sposób sprawdza się szczególnie w gorące dni, gdy chcemy nałożyć na skórę coś ,, lżejszego,,. Dzięki temu wystarczy na dłużej, ponieważ zużywamy go znacznie mniej ;)

Masła z The Body Shop są jednymi z moich ulubionych :) Konsystencja, zapach, działanie...wszystko na plus.
 Mogę polecić je z czystym sercem, na pewno nie będziecie żałować :)





Przypominam o moim rozdaniu!


Możecie zgłaszać się do dziś do godziny 23.59 .
Zapraszam wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili :)

 Więcej informacji znajdziecie tutaj

niedziela, 27 lipca 2014

Receptury Babuszki Agafii -rosyjskie kosmetyki


Ostatnio wiele czytałam o rosyjskich kosmetykach. Większość recenzji, które znalazłam było bardzo pozytywnych więc i ja chciałam spróbować :) 
Większość zamówiłam zrobiłam przez e-bay, natomiast szampon, odżywkę i wcierkę do włosów przywiozła mi koleżanka z pracy. Tatiana pochodzi z Łotwy , niedawno była na urlopie i zgodziła się zrobić dla mnie małe zakupy.


 Wszystkie kosmetyki pochodzą od Babuszki Agafii , sama nie wiem dla czego, ponieważ do wyboru miałam wiele różnych marek ...tak po prostu wyszło :) 
Pokaże Wam co zamówiłam:

-Drożdżowa maska do włosów (pobudzenie wzrostu)
-Jajeczna maska do włosów (odżywianie i regeneracja)


Serum do twarzy :
-,,Przedłużenie młodości 35-50 lat,, (kupiłam przez pomyłkę ale i tak wypróbuję )
-serum tonizujące do twarzy do 35 lat ,,Zachowanie młodości,,



-krem-żel pod oczy i na powieki z jonami srebra 
-scrub do twarzy z owsem i olejem z kiełków 

-gęsty wzmacniający szampon i balsam do włosów z serii na zamrożonej wodzie


-Rosyjska bania , maska odżywcza do włosów osłabionych i łamliwych 
-wzmacniający ziołowy lotion (wcierka) do włosów



Na swoją kolej będą musiały jeszcze trochę poczekać ale już nie mogę doczekać się testowania :)
Używałyście kiedyś rosyjskich kosmetyków??? Co polecacie?

sobota, 26 lipca 2014

Zwiedzamy Hayling Island


Wczoraj wybraliśmy się rowerami na nie dużą wyspę niekaleko naszego miasta.
Żeby się na nią dostać musieliśmy przepłynąć promem ...a raczej niewielką łódką przypominającą kuter rybacki ;) . Tak się złożyło, że akurat nikt z nami nie płynął więc mieliśmy ,,prywatny rejs,, za jedyne 6 funtów ;)
 Właśnie w tym miejscu ,,wysiadaliśmy,, .

Po przeciwnej stronie zatoki zostawiliśmy nasze miasto.


,,Rower turystyczny,, przygotowany na wszystko....prócz DESZCZU. 



Jeszcze na promie dostaliśmy mapkę wyspy z oznaczonymi ścieszkami rowerowymi i miejscami w których trzeba ,,prowadzić,, rower. Zastanawialiśmy się o co w tym chodzi , jednak gdy tam dotarliśmy okazało się, że nie damy rady jechać po kamienistej plaży....


Hayling islany wita!



I tak ruszyliśmy w drogę ...udało nam się znaleźć ścieszkę rowerową biegnącą zaraz przy brzegu, dzięki czemu mogliśmy podziwiać piękne morskie widoki :)


Ciekawą atrakcją jest kolejka, która przewozi turystów. Następnym razem na pewno z niej skorzystamy :)



Przyczepy kempingowe stojące zaraz przy morzu ...wakacje pełną parą!


Marzy mi się taki domek przy plaży :)





Jak widać pogoda postanowiła pokrzyżować nam plany...nie nacieszyliśmy się słońcem zbyt długo.

Kilka zdjęć miasteczka:



i okolicznych domków: 







Po dotarciu na miejsce zostawiliśmy rowery i ruszyliśmy pieszo.
Z oddali słychać było zbliżającą się burzę i grzmoty...



Jednak to nas nie zniechęcało...w końcu byliśmy daleko od domu i  nie mieli byśmy się gdzie schować.


Po przeciwnej stronie widać piaszczystą plażę. Jedną z niewielu w Anglii.


Nawet nie wiecie ile radości sprawiła nam tak mała ilość piasku...w końcu mogliśmy pochodzić na bosaka :)


Co raz ciemniej i co raz straszniej...

co chwilę widać błyski i pioruny...




 A w oddali...nasze miasto .




Bartek walczący z krzakiem jeżyn :)


,,Kudłate,, kamienie porośnięte glinami...bardzo mi się spodobały, choć nie łatwo było po nich chodzić.


Zdjęcie nie wyraźne, ale musiałam Wam to pokazać. Kiedy kolega powiedział mi, że można nałapać sobie krewetek nie wierzyłam mu...a jednak! W zagłębieniach między kamieniami pływały malutkie krewetki.
Za małe by je zjeść, jednak do oglądania w sam raz :) Wcześniej widziałam je tylko na talerzu :p




Mały krab, pozwolił na zrobienie kilku zdjęć po czym szybko uciekł .



Niestety nie nacieszyliśmy się długo morskimi widokami ponieważ przegonił nas deszcz...

Schronienia szukaliśmy w miasteczku, miałam ochotę na pizzę więc chcieliśmy znaleźć jakąś restaurację. Niestety miejscowe bary nie wyglądały zbyt zachęcająco. Mokrzy i głodni ruszyliśmy w dalszą drogę.



Na szczęście deszcz nie padał długo i zdążyliśmy nieco ,,wyschnąć,, . 
Już zmierzaliśmy w stronę domu gdy natrafiliśmy na ,,farm shop,, .
Malutki sklepik z lokalnymi produktami, większość z nich pochodzi z pobliskich farm. 


Bardzo nam się tam spodobało i z zaciekawienie oglądaliśmy świeże produkty: pomidory, maliny, agrest...śwież pieczywo, przetwory, aż nie chciało się wychodzić :)


Wszystko wyglądało tak ,,naturalnie,, i sielsko :)

Na przeciwko sklepiku stała ławka, więc zrobiliśmy mały piknik.


Do jedzenia (i picia) oczywiście produkty ze sklepiku :)



Uwielbiam dżemy z farm shopów ...smakują prawie jak u babci (choć babcinych nic nie pobije).


Lokalne lody  :) robione w tym hrabstwie.
Załapaliśmy się nawet na dostawę. 

Ulotka z mapką .


W Anglii bardzo często można spotkać domki pokryte strzechą. 

I co raz bliżej domu :)
W to miejsce czasami jeździmy na jeżyny. 


Bartek przedzierający się przez zarośla ;)






W farm shopie Bartek kupił dwa jajka strusia amerykańskiego (Rea)
Teraz zastanawiamy się jak dostać się do środka???


Na każdym napisano ,,datę zniesienia,, .


Do domu wróciłam bardzo zmęczona ale szczęśliwa :)
Kolejny dzień możemy zaliczyć do udanych :)